Bosy Wirus w parku w Pabianicach, czyli UltraPark Weekend 2020

Do boju, do boju, do boju…

… nie wiedzieć czemu, zamiast postawić krok ku marszowi, ustawiłem swoje ciało do biegu. Ku mojemu zdziwieniu, udało przełamać się opór ciała i znów zacząłem biec

– yes, yes, yes biegnę – zadowolony mówię do siebie

Pierwsza myśl: dwa kółka i krótka przerwa (podszepty hamulcowego, którego nie można od razu traktować jako tego złego, gdyż często ma rację, szczególnie na początku rywalizacji). Od razu pojawia się negacja, wcześniejszego pomysłu: nie, biegnę, dopóki będę mógł biec, aż nie zobaczę wyniku, który gwarantuje mi rekord.

Czuję radość, a z drugiej strony niepewność, dokładnie jak dziecko, któremu pożyczono do zabawy zabawkę i nie powiedziano, kiedy ją zabiorą. W tej ekscytacji bawię się nią (czyt. biegnę) szybko, tak jakbym chciałbym pobawić się nią na zapas i nerwowo rozglądając się kiedy przyjdzie dorosły (kolejny kryzys), który mi ją zabierze, choć staram się o nim nie myśleć, tylko czerpać 100% radości z chwili, że mogę się pobawić zabawką.

Znów deszcz przybrał na sile. Zaczynam poprawiać spadający kaptur od kurtki. Z jednej strony, chciałbym mieć go tylko lekko zapięty, gdyż wtedy nie „gotuję” się tak bardzo. Jednakże z drugiej, bardziej denerwuje mnie jego ciągłe spadanie podczas biegu. Decyduję się dopiąć go mocno, aby nie zajmować się jego ciągłym poprawianiem. Wraz z upływem kolejnych metrów, jest mi coraz cieplej. Czuję, że koszulka robi się coraz cięższa, lecz nie od deszczu, ale od potu. W sumie to lepsze być mokrym i rozgrzanym niż mokrym i wyziębionym. Nie zatrzymuję się w strefie suportu tylko biegnę dalej, pokazując Marice uniesionym kciukiem, iż jest dobrze. Mijają kolejne pętle, które pokonuję w mocnym tempie. Głęboko skryte pokłady energii zostały uwolnione. Coraz bardziej chce mi się pić. Jednak lecę jak w transie – byle przed siebie.

Plan minimum wykonany – Rekord Polski wybiegany

Po raz 66 przekraczam linię startu/mety i na ekranie widzę upragniony wynik wskazujący, że za mną już przeszło 113 km 700 metrów. Nie kryję zadowolenia:

– Zrobiłeś to! Świetnie! Odzyskałeś tytuł! Jesteś Rekordzistą Polski w biegu 24-godzinym boso! – na głos komentuję sytuację

– Jak dokończysz rozpoczętą właśnie pętlę, to zrobisz minimum 115 km. Choć ambicje, co do osiągniętego dystansu, były większe, to ciesz się z tego co masz. Walczymy dalej! – po raz „n-ty” rozmawiam sam ze sobą.

Pitstop z celebracją

Dobiegam do naszego namiotu. Robię przerwę na kubek gorącej herbaty, która, po „zamówieniu” kółko wcześniej, czekała już na mnie.

– Rekord Polski jest mój. Osiągnąłem minimum, po co tu przyjechałem – dzielę się swoją radością z Mariką.

Zatrzymuję się na dłużej, aby spokojnie się napić, wznieść toast herbatą i coś przegryźć. Stygnę.

– Uciekaj już na trasę – pogania mnie nasz supportowy „Aniołek”

– Już, już – odpowiadam

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą

Ruszam. Dobijanie kolejnych kilometrów trwa już znacznie dłużej. W tak zwanym międzyczasie, Piotr Kardas – Dyrektor „całego tego biegowego zamieszania”, przez głośnik informuje innych Uczestników o moim rekordzie. Dobiegam do Głównego Sędziego zawodów, otrzymując kawałek drewienka z moim numerem startowym, co oznacza, że zostało już tylko kilka minut do końca zawodów. Zbieram się w sobie, aby powalczyć o ostatnie metry.

– Stop – pada komenda o upłynięciu 24 godzin zmagań.

W miejscu, w którym stoję, na ziemi pozostawiam wspomniane drewienko, aby sędziowie mogli zrobić domiar pokonanego przeze mnie dystansu. W ogólnym rozrachunku, z Pabianic wyjeżdżam z wynikiem 121,64750 kilometrów.

Dziękuję

Rodzinie i Znajomym za kibicowanie (także te „na żywo” w Internecie) i wysyłane wiadomości.

Marice za supportowanie i spełnianie zachcianek (tu przepraszam za gderanie i jeżeli byłem szorstki), Grześkowi i Marice za zgodę na wspólny support.

Zawodniczkom i Zawodnikom za dobre słowo i rozmowy na trasie oraz Partnerom za współpracę:

Centrum Rehabilitacji Bugaj&Lachowski – za bieżące „serwisowanie” mojego organizmu;

– Pani Dorocie Dudziak, Właścicielce RJ Hotelu*** w Pabianicach – za zapewnienie kilkudniowego noclegu;

GravitySport.pl – za wykonanie koszulki startowej.

p.s. Ach, ta Teściowa

Tym razem, nie jak w żartach, chodzi o narzekanie na „Mamuśkę”, lecz o bardzo pozytywny wymiar Wielkim zdziwieniem było dla mnie, gdy po zawodach, w rozmowie telefonicznej, dowiedziałem się, iż moja Teściowa, kibicując mi, robiła ręczne zapiski części poszczególnych okrążeń , a jednocześnie czasu, jaki mijał od rozpoczęcia zawodów. Też nie mogłem w to na początku uwierzyć. Nie w sam fakt kibicowania, gdyż mogłem się tego spodziewać, lecz analizy „na żywo” moich zmagań. Też nie wierzycie? Oto dowód:

Nie taka, więc Teściowa straszna jak ją malują 😉

p.p.s. Debiut barw Akademii Bosego Wirusa

Podczas startu w Pabianicach, dzięki koszulce startowej, mogłem, w widoczny sposób, reprezentować barwy, prowadzonej przeze mnie Akademii Bosego Wirusa, Uczniowskiego Klubu Sportowego „BUDOWLANI” Nowy Sącz, do którego należę oraz wspierających mnie Partnerów.

2 Komentarze

    • Mariko, dziękuję za dobre słowo. Cieszę się, że dobrze czytało Ci się wspomnienia z naszej wspólnej doby 😉 Jeszcze raz kłaniam Ci się nisko za Twoje poświęcenie! Do miłego zobaczenia na innych zawodach…

1 Trackback / Pingback

  1. Rekord Polski odzyskany! - Karol BOSY WIRUS Trojan - Trener naturalnej amortyzacji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*