Bosy Wirus w parku w Pabianicach, czyli UltraPark Weekend 2020

Tym razem, jeszcze na początku sierpnia, do końca nie byłem zdecydowany, czy pojadę na zawody UltraPark Weekend w Pabianicach, by powalczyć o odzyskanie Rekordu Polski na „Najdłuższy dystans przebiegnięty boso w 24 godziny”. Wszakże nie czułem się wybiegany, aby ze spokojną głową lecieć „po swoje”. Co działo się dalej? Przeczytajcie sami…

Pakiet i suport w jednym

Można by rzec, że zaczęło się, zanim się zaczęło. Będą na liście startowej, od razu nie opłaciłem startu, z powodu, który podałem powyżej. Nie mniej jednak, w tzw. międzyczasie, trafiła się okazja, aby odkupić pakiet startowy od jednej z Zawodniczek, która nie mogła wystartować w zawodach. Postanowiłem skorzystać z tego daru losu. Jednak, choć cieszył mnie fakt tańszego zakupu, nie cieszyła mnie sytuacja, iż Zawodniczka zmuszona była „odpuścić start” (sam jestem sportowcem i wiem, iż ciężko podjąć decyzję o rezygnacji z rywalizacji w zawodach). Jedną część formalną miałem za sobą. Po zdecydowaniu się, że jednak jadę do Pabianic (tam rozgrywały się zawody), pozostała teraz jeszcze kwestia suportu, czyli wsparcia osoby lub osób, które miały dbać o przygotowanie napojów i posiłków oraz od czasu do czasu, w razie potrzeby, dać „mentalnego kopa”. Z racji, iż późno zdecydowałem się na wyjazd, nie chciałem fatygować kogoś z Nowego Sącza, więc postanowiłem poszukać pomocy wśród suportów innych zawodników. Po kilku rozmowach, w konsekwencji trafiłem do… Mariki, tj. dziewczyny, od której odkupiłem pakiet startowy. Po konsultacji z Grześkiem – Zawodnikiem, któremu pomagała, zdecydowała się „wziąć mnie pod swoje skrzydła”. Niech smaku tej sytuacji dodaje fakt, iż, jak się później okazało, Marika pełniła rolę suportu po raz pierwszy w życiu 😉 Jak na debiut, to nawet jeden zawodnik stanowi wyzwanie, a co dopiero dwóch. Jak się później okazało, Marika „matkowała”, aż czterem zawodnikom i spisała się w tej roli znakomicie, za co należą się jej słowa szacunku, podziękowania i gromkie oklaski. Brawo Marika!

Atestator

W czwartkowy wieczór, udałem się na małe rozbieganie po całodziennej podróży samochodem, aby z jednej strony „rozruszać kości”, z drugiej poznać trasę zawodów i stan podłoża, po którym będę biegał przez weekend. Ciekawiła mnie ona również z tego powodu, iż w środę w Pabianicach przeszła wichura, która zniszczyła drzewostan parku, będącego areną zmagań. Tak wyglądał fragment trasy, przed jej uporządkowaniem przez Organizatora:

Kochani!W związku z burzą, jaka zaszczyciła dziś po południu nasz kochany Park, rozpoczęliśmy procedurę zmiany "…

Opublikowany przez UltraPark Weekend Środa, 26 sierpnia 2020

Będąc na miejscu, dane mi było przyjrzeć się pracom montażowym oświetlenia trasy oraz spotkać się z Piotrkiem Dragonem Kardasem – Organizatorem „biegowego zamieszania”, który po fakcie, „namaścił” mnie mianem atestatora 😉 Ma Gość poczucie humoru…

Zakończona przed chwilą kontrola (w roli kontrolera wystąpił oczywiście sam Piotr Dyrektor) wykazała co następuje:-…

Opublikowany przez UltraPark Weekend Czwartek, 27 sierpnia 2020

Ostatnia doba przed…

Po pokazaniu Dzieciakom i Żonie miejsca, w którym będę biegał i przejściu z nimi całej pętli (gdyż na te zawody udało nam się pojechać całą rodzinką), późnym popołudniem byłem umówiony z suportem na rozłożenie namiotu, tak, aby w sobotę tuż przed startem nie zajmować się technicznymi sprawami, tylko skupić na biegu.

Wyjazd do Parku Wolności był dla nas okazją do poznania się osobiście, ale także do spotkania się z dawno nie widzianymi biegowymi znajomymi. Ach, cóż to za wspaniałe uczucie…

Zabawa w majsterkowanie trochę nam się przeciągnęła, więc w RJ Hotelu, w którym nocowaliśmy z rodzinką, pojawiłem się już po zmroku. Zabawy z Dzieciakami, ostatnie dopakowywanie torby na zawody i zanim się obejrzałem dochodziła północ, a o godz. 04:00 miał zadzwonić budzik. Zasnąłem…

Zabawę czas zacząć

Bieg rozpoczął się od odprawy technicznej, która ze względu na panujące warunki atmosferyczne została przesunięta o 15 minut, czyli na godz. 06:45. Był to gest Organizatora w stronę Zawodników, abyśmy nie mokli w padającym deszczu.

fot.: Marika Dyrcz

Na linii startu/mety tuż przed startem utworzyliśmy szpaler, dopingując biegających już od prawie doby Zawodników, którzy wybrali bieg 48-godzinny. Ostatnie odliczanie, strzał startera – niby zawsze ten sam rytuał, a jednak rozpoczynaliśmy tworzenie nowej historii swojego biegania.

Opublikowany przez UltraPark Weekend Piątek, 28 sierpnia 2020
autor: UltraPark Weekend

Pierwsze kilometry leciały sprawnie, choć głównym celem na nich było powstrzymywanie się „pędzenia przed siebie”. Na początku, gdy ma się dużo sił, łatwo „przeszarżować”, a później trzeba to „odpokutować” w dalszej części rywalizacji. Prosta zasada, która powtarzają biegacze długodystansowi „jeśli wydaje Ci się, że biegniesz wolno, to… jeszcze zwolnij”, jest prostą w teorii, lecz w praktyce wymaga wiele wysiłku.

Ruszamy z Grześkiem w jednym tempie, by przez kilka okrążeń szukać swojego rytmu. Na trasie trwają rozmowy między biegaczami. Jedni biegną samotnie, inni w mniejszych bądź większych grupkach. Pozdrowieniom i życzeniom powodzenia nie ma końca. To się nazywa braterska więź między nami sportowcami. Rywalizacja, rywalizacją, lecz liczy się także wsparcie dla drugiego.

Kilometry z Mistrzem

Gdy mniej więcej „połówkę”, tj. dystans półmaratonu (21,0975 km) miałem już w nogach, krótka wymiana zdań i… „kopnął mnie zaszczyt”, gdyż brak w bark biegłem z pierwszym Mistrzem Polski w biegu 24-godzinnym – Waldemarem Pędzichem. Pomimo, iż dopadła go kontuzja, postanowił powalczyć o wynik i nie zejście z trasy. Uwierzcie mi, szacunek dla Waldka, który z niedyspozycją i wciąż rozmawiając, leciał sobie swobodniej niż ja, w ogóle nie będąc skupionym na tempie biegu. Brawo Waldku – to się nazywa być Mistrzem!

fot.: Marek Janiak

– Waldku, wybacz, ale gdy dobiegniemy do pięćdziesiątki (czyt. pokonamy 50 km), trochę zwolnię i odłączę się od Ciebie, choć czuję się tym faktem zawstydzony. Swoją postawą „wbijasz mi klina w moje ego” – nieśmiało zwracam się do Waldka

– Spokojnie rób swoje – odpowiada. – Może jeszcze jedną pętlę przebiegniemy razem? – zachęca Waldek

– W porządku – dodaję i biegniemy dalej.

W konsekwencji zrobiliśmy wspólnie dodatkowe dwie pętle, a w sumie około 30 kilometrów. Po podziękowaniu za owocnie spędzony czas na trasie, udzielone porady żywieniowe, robię „pit stop” przy namiocie supportu.

Dobre, złego początki

Pierwsze 53 kilometry i czas potrzebny na jego pokonanie wróżyły dobry rezultat. Choć nieświadomie zacząłem akcentować krok na prawą nogę, przeciążając stopę, w głowie pojawiła się myśl o „setce” w ciągu pierwszych 12 godzin. Pojawiła się i tak po prostu z niczego (nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć) z kilometra na kilometr, z minuty na minutę, wcielenie jej w życie „odpływało”. Zdawałem sobie, o czym już wspominałem, iż na te zawody nie byłem wybiegany, tak jak bym sobie tego życzył i że musi przyjść kryzys, ale żeby tak bez ostrzeżenia zacząć tracić „iskrę”. To nie fair.

Pierwsze dłuższe przystanięcie w namiocie, rozpoczęło powtarzający się do końca trwania zawodów, cykl „umierania” i „zmartwychwstawania”. Nagle coś mentalnie przestało działać – tak przynajmniej mi się wydaje. Jest to wciąż dla mnie zagadką. Nie byłem jakoś szczególnie zmęczony, a wewnątrz stawałem się „ciepłymi kluchami”. Utrzymujący się ból stopy (pod moją stałą obserwacją), wychładzające się i kurczące się podczas postoju mięśnie i ścięgna oraz rozruchowy ból, przy wznawianiu biegu, potęgował „wewnętrzną kluskowatość”.

Paradoks

Lubię obserwować ludzi, ich zachowania w różnych sytuacjach. Jako sportowiec, obserwuję siebie, reakcje mojego organizmu (w tym psychikę) na bodźce treningowe i podczas zawodów. Stąd też sam się sobie dziwiłem co robiłem podczas tego startu. Nie tylko wiedziałem, ale także odczuwałem to na własnej skórze, że każde zatrzymanie utrudnia mi wznowienie kolejnej pętli, to jednak to robiłem. Z jednej strony niby ciało i psychika domagały się tych przerw, z drugiej, przerwy te powodowały jeszcze większe rozbicie psychiczne. Robić coś, co cię później skarci – dziwna rzeczywistość świata ultra albo tego mojego konkretnego biegu.

Prosta rzecz, a cieszy

Gdy zmęczenie stóp potęgowało się, postanowiłem dać im trochę wytchnienia, odprężając je w… misce z zimną wodą. Ile radości, ile dała mi taka kąpiel, trudno to teraz z perspektywy czasu opisać. Wtedy, tam na trasie, było to bardzo pozytywne doznanie nie tylko fizyczne, ale również mentalne.

Chciałem jeszcze raz podczas zawodów skorzystać z takiego dobrodziejstwa, lecz po analizie za i przeciw, odstąpiłem od tej myśli, gdyż „pluskanie się” mogło mi bardziej zaszkodzić niż pomóc. Dlaczego? Bałem się, iż będąc wychłodzonym (padający deszcz i potęgujące się zmęczenie), zamiast rozluźnić ścięgna, jeszcze bardziej je „skrócę”. Czy to była dobra decyzja? Tego nie wiem, gdyż nie miałem wcześniej możliwości porównać zachowania organizmu w takiej sytuacji. Jednego jestem pewien – jest to dobry materiał do analizy przed kolejnymi startami.

Na dobicie

Nad ranem, około godziny 02:30 – 03:00, nie tyle padało, co nad park nadciągnęła burza z ulewą. Będąc „rozwalonym”, z powodu nie idących po mojej myśli zawodów i bardzo wolnego tempa okrążeń oraz w konsekwencji mogącego nastąpić dalszego wychłodzenia organizmu, zdecydowałem się przeczekać kaprysy aury w namiocie. Nie tylko ja. Jeszcze dwóch kompanów, także podjęło taka, a nie inną decyzję. Siedząc i próbując „ogarnąć się” jakoś, wyglądaliśmy, jakbyśmy byli „zmęczeni” na jakieś ogródkowej imprezie, a nie na zawodach w randze Mistrzostw Polski.

3:30 – niby bieg 24h, a tu impreza namiotowa na całego 😂 Leje, grzmi i błyska. Oficjalnie nazywamy to regeneracją. No bo przecież prawdziwi ultrasi- twardziele burzy się nie boją 🤣😜

Opublikowany przez Marikę Dyrcz Sobota, 29 sierpnia 2020

Tryb: matematyk – statystyk teoretyk

Im więcej czasu upłynęło od wystrzału startera, tym bardziej podczas wizyt u supportu, włączał mi się tryb matematyka – statystyka i to na dodatek teoretyka, a nie praktyka. Co przez to rozumiem? Zamiast, pomimo zmęczenia, „ruszyć cztery litery”, zaczynałem, popijając jakiś napój, czy przegryzając posiłek, analizować matematyczne szanse powodzenia osiągnięcia chociażby minimalnego zaplanowanego wyniku.

– Z Tobą jeszcze nie jest tak źle, skoro tak logicznie myślisz – skwitowała Marika, chcąc mnie zmotywować do ruszenia na trasę i zakończyć moje filozoficzno-statystyczne rozmyślania

Zostały dwie godziny „z haczykiem”

Po 04:00 rano, nastąpiło podniesienie zadka i kolejne kółko lub kółka z Krzyśkiem zaliczone. Znów klapnięcie w namiocie. Zbliża się godzina 05:00, zwiastując ostatnie 120 minut zmagań z samym sobą i celem. Na „liczniku”, gdy pokonam odcinek między namiotem, a linią startu/mety, powinienem mieć ok. 106 km. To porażka. Jednak w tym rozczarowaniu, tak niewiele brakuje do zrealizowania planu minimum, czyli przebiegnięcia choć kilku centymetrów powyżej 113,11 km, które pozwolą mi odzyskać miano Rekordzisty Polski w biegu 24-godzinnym boso. Tak niewiele, lecz z perspektywy podpartej głowy w namiocie, jeszcze tak wiele. W tym czasie „na świeżości”, bez wysiłku, przebiegłbym co najmniej półmaraton, a teraz zastanawiam się czy dam radę zrobić 7 kilometrów. Cel ucieka, „już był w ogródku, już witał się z gąską…”. Ach, ten bieg pokazuje mi inne swoje i moje oblicze.

– Dwie godziny cierpienia i przynajmniej roczna „chwała” – bez przekonania próbuję spiąć się w sobie, aby jeszcze powalczyć o marzenia.

Po, chyba, dłuższej chwili wstaję. Kuśtykając (czyli powoli idąc), rozciągam spięte mięśnie i ścięgna. W końcu, zza zakrętu wyłaniają się światła i sędziowie, liczący nasze okrążenia. Przekraczam matę rejestrującą czas. Rzucam okiem na ekran wyświetlający aktualnie osiągnięty dystans. Przy moim nazwisku ukazuje się 106 kilometrów i ileś tam metrów po przecinku.

Spoglądając na bijący blaskiem w mroku poranka (gdzie ten świt?) wyświetlacz, mówię głośno w obecności sędziny, którą wcześniej zapytałem o „godzinę”:

– Jeszcze dwie godziny i ponad 7 kilometrów. Będzie ciężko.

Odwracam się w kierunku dalszego przebiegu trasy i…

Ciąg dalszy nastąpi…
na następnej stronie

2 Komentarze

    • Mariko, dziękuję za dobre słowo. Cieszę się, że dobrze czytało Ci się wspomnienia z naszej wspólnej doby 😉 Jeszcze raz kłaniam Ci się nisko za Twoje poświęcenie! Do miłego zobaczenia na innych zawodach…

1 Trackback / Pingback

  1. Rekord Polski odzyskany! - Karol BOSY WIRUS Trojan - Trener naturalnej amortyzacji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*